Niedoszły Bibliotekarz

WordCamp Polska 2014 od kuchni

To jest wersja zminimalizowana, zobacz pełną wersję strony..

Podsumowanie konferencji jest krótkie:

Jeszcze raz się udało… ;)

Można odetchnąć po ostatnich aktywnych dniach.

Zdecydowanie wolę być uczestnikiem WordCampa niż organizatorem. Kolor koszulki i prestiż „Organizator” na identyfikatorze na mnie nie działają. Ale jednak jeżeli za kilka lat WordCamp wróci do Warszawy, to znów przyłożę łapkę do jego organizacji (jeśli będzie potrzebna), bo mimo wszystko warto.

Co straciłem jako jeden z organizatorów?

Największa moim zdaniem wpadka?

Największe czary?

Najśmieszniejsze sformułowanie?

Największa tragedia?

Byłem na setkach konferencji z różnymi budżetami i jako catering zazwyczaj była cienka kawa i dyżurne ciastka, czasem obiad z łososiem i innymi specjałami. Jednak wszystkie były po prostu nudne i nieprzemyślane. Nasze dziewczyny rozwaliły mnie jakością menu. Przy niskim budżecie wyczarowały owoce, ciasta, kanapki mięsne, wegetariańskie, bezglutenowe…

Normalnie szacun dla drimtim i osób niewymienianych w czołówce jak Marianna, Marsjanin z marsa czy Maciek bez identyfiaktora.

Generalnie dzięki sporemu zespołowi jakiegoś super wielkiego natłoku prac nie odczułem, choć w okresie półrocznych przygotowań „parę godzin” pracy poświęciłem na to wydarzenie, choćby na obsługę WordUp -ów które wymusiła centrala ;).

Pocieszam się że są nagrania i obejrzę wszystko w wolnej chwili. Najgorsze dla mnie jest, że nie mam jak bezstronnie ocenić czy to była udana impreza.

Póki co komentarze są przychylne i nie wytykają większych braków :)

I to tyle wspomnień z kuchni WordCampa.

PS
Kaśka mimo wszystko dzięki że mnie w to organizowanie ubrałaś.