Posts tagged ‘niebezpieczne google’

plusem będę oznaczał dłuższe teksty

Ponieważ znów miałem posiłek a przede mną leżała ostatnia wyliczanka tłuszczowo – białkowa rzuciłem córce hasło żeby wyliczyła ile to jet 28 procent ze 111. Po standardowym nie chcę i nie wiem jak to policzyć (tatkowa krew) chwila cisza a potem zbyt szybko odpowiedź. Zerkam a tam w google wprowadzony tekst jak tytuł posta i gotowa odpowiedź.

Nie, córka nie wiedziała że google obsługuje naturalne zapytania po polsku, że przelicza itd., niedobrze że to odkryła :( . Nauczyła się kiedyś że wprowadzając zadanie z matematyki często w necie jest rozwiązane. Według niej było to zapytanie dające odpowiedź na pytanie jak wyliczać procenty. Nie wiem jak inne dzieciaki używają googla ale sądzę że to było naturalne dla tego pokolenia zachowanie, wpisanie pytania jakie się usłyszało i oczekiwanie że będzie na nie gotowa odpowiedź. Prawda jest taka zaczyna się produkowanie pokolenia które nie myśli, nie widzą nic złego w tym że szukają bez zrozumienia, proces myślowy przenoszą na “chmurę”, odpowiedź im się należy albo czegoś nie ma, bo po co się uczyć skoro wielkie g zna odpowiedzi. Może akurat moje rozpieszczone dziecię jest jakimś wyjątkiem (choć nie sądzę) ale nie dociera do niej że nie znalazła odpowiedzi na pytanie które chciała zadać, uważa że istotne jest to że dostała odpowiedź i nie traci czasu na myślenie, zyskała czas na śledzenie kanału irc-a gdzie leci typowa sieczka czatowa tyle że w innym niż polczatowym wystroju. Ponoć dzięki internetowi czyta się więcej ale czy to znaczy że to lepiej?

Sposób czytania tego typu prowadzi do informacyjnej ślepoty. Jeżeli podkreślony link, wzbogacony ikoną dokumentu jest dla dzieciaków niewidoczny to o czym mamy rozmawiać? Ja stary widzę linka jak wół a dzieciak twierdzi że na stronie nie ma poszukiwanej informacji. Według mojej córki link jest ukryty bo nie daje po oczach.  Jeżeli ktoś by się skusił i pomógł mi w ocenie (komentarze czekają) kto z nas ma rację ja czy córka byłbym wdzięczny. Na stronie urzędu szukamy podania o wydanie dowodu do wydrukowania. Kurcze sam nie wiem jak projektować strony dla takich użytkowników nie da się wszystkiego wyróżniać tak samo jak nie da się wszystkiego w twitterowej formie przekazać.

Niedawno przeczytałem artykuł i dalsze smutne refleksje się pojawiły. Nadchodzi epoka bylejactwa taniej szybciej aby starczyło na trochę jednym słowem “damy radę” w wersji total.

O ile cyfrowe wykluczenie emerytów i rencistów jest dla mnie jakieś naturalne i zrozumiałe nie traktuję go jakoś dramatycznie, o tyle produkowanie przez googla idiotów nie potrafiących sformułować właściwego pytania bo i tak dostaną jakąś ich satysfakcjonującą odpowiedź (niekoniecznie na to czego szukali) stanowi według mnie wielki problem. Może tylko uzależnienie od portali i gier w sieci stanowi większe zagrożenie, bo skoro już teraz dorośli ludzie zaczynają przerywać spotkania biznesowe żeby na facebookowej farmie zebrać truskawki i druga strona spotkania rozumie takie zachowanie to co będzie za kilka lat jak moja córka będzie samodzielna?

Czy naprawdę czeka nas zunifikowany świat w którym jest jedna firma robiąca fastfudy a ulubionymi piosenkami są reklamówki, policjanci mają monitorki na których piszą im z centrali jak mają się zachowywać, a przekleństwa są karane mandatem? brrr oby nie to by było koszmarne.

Gadałem ze znajomą wczoraj, ma doła egzystencjalnego :( rozmyśla o tworzeniu wielkich rzeczy. Doszedłem do wniosku że trzeba mieć jakiś koncept aby żyć i działać a dopiero wtedy można budować te wielkie rzeczy. Wiem, to nic odkrywczego ale jak każda własna owocna praca myślowa ucieszyło mnie. Jako przykład braku koncepcji podałem jej bibliotekarz.com dobry adres a się marnuje (jakieś propozycje?). No i wtedy lawina ruszyła…

  • jak wyrwać gminnych bibliotekarzy z marazmu,
  • co by się im przydało,
  • w czym im pomóc,
  • ile jest stowarzyszeń bibliotekarzy i czemu tylko jedno….

poklepaliśmy trochę i doszliśmy do wniosku że można by coś z tym zrobić, ale zacząłem się zastanawiać czy warto bo gdzieś tam w między czasie wykluła się idea upadku bibliotekarstwa którą obiecałem opisać…

Upadek bibliotekarstwa mocne słowa ale zamierzam go doczekać. Oczywiście nie całkowite zniknięcie zawodu ale bibliotekarz (taki od papierowych książek) będzie równie unikalny jak kowal a może nawet jak bednarz.

Są podstawowe sprawy które do tego doprowadzą zmiana zachowań ludzi, nowe technologie i ekonomia.

  • Ludzie przestają czytać książki bo mają inne formy rozrywki które ich pobudzają. Nauka ze źródeł cyfrowych jest łatwiejsza choćby dzięki ctrl-f którego brak tradycyjnym książkom, interaktywne wizualizacje 3D dają więcej informacji niż książkowa grafika.
  • Nowe technologie ułatwiają gromadzenie, przenoszenie, odtwarzanie książek elektronicznych i nie tylko. Technologie stają się wystarczająco dobre by ich używać. Nawet największe zapupia w polsce mają dostęp do sieci komórkowych a takie łącza z powodzeniem starczą na pobranie książki czy innych danych do czytnika.
  • 1 serwer jest tańszy niż 1 biblioteka gminna a jest w stanie obsłużyć całe województwo

Tak moim zdaniem choć nie zamierzam żyć bóg wie jak długo doczekam czasów kiedy cyfrowe biblioteki wyprą normalne. Wszelkiej maści czytniki niebawem będą w takiej cenie że jeśli przeliczymy koszt utrzymania zbioru bibliotecznego na jednego czytelnika to opłaci się mu czytnik wręczyć zamiast chronić magazyn z książkami przed deszczem, oświetlać go i płacić czynsz.

Jedyne co wstrzymuje obecnie świat przed eksplozją takiej migracji to trudna sprawa praw autorskich ale wielkie G już z tym wojuje i zapewne wygra. To utoruje drogę innym, albo wielkie G zeżre ten fragment świata również. Od postępu nie ma ucieczki, wszystkie książki za jakiś czas będą w wersji cyfrowej a wydania papierowe pozostaną dla bogatych ekscentryków. Skoro książki będą cyfrowe, czytniki za darmochę to pozostanie tylko je przesłać np. przez sieć komórkową. Taki układ spowoduje że będzie można zostawić wyłącznie wojewódzkie centra bibliotek cyfrowych (wojewódzkie aby zachować redundancję zasobu) a biblioteki papierowe same umrą bo ilość czytelników spadnie poniżej granicy zasadności ekonomicznej utrzymania biblioteki tradycyjnej,  dla radnych to będzie jasny wyznacznik na czym zaoszczędzić.

Za parę lat przeczytam to znów i porównam z rzeczywistością zobaczymy jaki ze mnie wróż  :) niektórym dla otuchy dodam że w przedszkolu wszyscy rysowaliśmy (temat pracy “jak będzie w roku 2000″) domy na księżycu i prywatne rakiety więc może się mylę… zobaczymy

Ostatnio ktoś pokazał mi taki fajny obrazek wzbogacony moim opisem w czerwonych ramkach fragment do którego nawiązuje jest poniżej

linia czasu pokazująca lata przed i po google

Wprowadziłem do swojego języka nową datę przełomową B.G. i domyślnie nie wymieniane A.G. to taki równoważnik jak p.n.e i n.e tyle że oparte o Google nie o Chrystusa.

Zdecydowałem się na taki krok nie bez kozery i choć dla niektórych zapewne będzie świętokradztwem to co uważam, ale zmiany jakie wprowadza wielkie G będą moim zdaniem większe niż te wprowadzone przez Wielkiego Ch.

Wielkie G ma lepsze narzędzia do propagacji idei swojej wiary i tyle. Czy będzie przelane tyle krwi co za Chrystusa to nie wiem ale wielkie G jest równie pazerne co Kościół a to się kończy rozlewem krwi. Póki co anektują co się da i okrzykują swoim podobnie jak Kościół w średniowieczu (np. sobótka vel wigilia św. Jana) Mają wpływ na to co wiemy i wiedzą o nas więcej niż czarni prowadzący skrupulatne księgi kto ich wpuścił po kolędzie a kto nie.

Chrześcijaństwo pierwotne było inne niż obecne i z wielkim G też tak będzie. Jak już połknie świat i zacznie zżerać własny ogon wtedy wszyscy zapłacą podatki jakie nałoży. Skończą się darmowe usługi a ponieważ konkurencja zostanie w pień wycięta lub wchłonięta, będziemy płakać i płacić.

Już tłumaczę o czym piszę w czasach B.G. miałem wybór wyszukiwarki spośród kilkunastu różnych choćby jeszcze pamiętane hotbot, yahoo, altavista, excite, metacrawler, astalavista ;) infoseek, netoskop, czy przez jakiś czas moja ulubiona wyszukiwarka treści z wyszukiwarek emulti, sprawdźcie ile z nich przetrwało radosny pochód wielkiego G.

W czasach B.G. wystarczyło kilka kroków i można było spokojnie zadać pytanie na grupach dyskusyjnych “Jak sąsiadowi powiedzieć żeby pornole oglądał ciszej bo u mnie dziecko słucha”  i spać spokojnie że sąsiad nie będzie cię omijać, a teraz zadaj takie pytanie a sąsiad cię zwymyśla bo szukając swojego adresu w sieci może je dostać na tacy. A nie daj bóg żeby jeszcze  do tego jakiś wykop effect się zrobił bo cała ulica będzie się z sąsiada (w sumie bogu ducha winnego) śmiała i gość może do sądu o znieważenie publiczne wystąpić albo bezpośrednio naklepać po twarzy.

I jeszcze ta wszech obowiązująca powoli tandeta, prawie połowa serwisów w wersji beta (fakt z ubiegłego tygodnia “no opublikowaliśmy taki bo już reklamy poszły do mediów i coś trzeba było pokazać”), dotyczy to również innych firm nie tylko googla weźmy np. mico$oft czy może być dopracowany nowy system w 2 lata? Już się mówi że win7 za 2 lata będzie starym systemem a ja nadal nie mam wszystkich sterowników dla sprzętu, abstrahując od jego braku kompatybilności w dól.

Coraz szybciej coraz gorzej, a jak wielkie G faktycznie wygra batalię o sieci komórkowe to po pszczołach :( a w niedługim czasie i po ludzkości :(

i tym optymistycznym akcentem niczym w Day After “W życiu na ziemi udział wzięli…” idę dziobać na niedzielny egzamin.

Dziś to już nawet jak na mnie zgięcie 5 laptoków uruchomionych a każdy furczy burczy i przegrywa co nastraja do rozmyślań.

Siłą rzeczy przeglądam co się przegrywa czasem sprawdzam czy poprawnie się przegrało i tu jest własnie pies pogrzebany.

Informatyk = Ksiądz spowiednik

Do takiego wniosku doszedłem :)

Zawartość tych lapków jest  jak spowiedź ich użytkowników. I to taka gorąca spowiedź która nic nie ukrywa. Komputery miały być czyste od spraw osobistych wszak to służbowe maszynki a tu co i rusz buba :) a to fotki dziecka na przestrzeni lat a to dokument worda którego tytuł jednoznacznie wskazuje na poufną treść, a to wyciągi bankowe z konta osobistego. Kredyty, akty notarialne, zestawienia zarobków czego to ludzie nie trzymają na służbowych lapkach. W jednym nawet mułek się trafił pełen bajek i gierek dla dzieci :D

Kurcze mając takie informacje w zamkniętym środowisku ma się w ręku potężną bombę zdolną zadać wiele cierpień. Ciekaw jestem czy ludki zdają sobie sprawę z tego że tyle danych zostawiają w laptopach które ponoć posprzątali. Nie mówię o takich sprawach jak historia przeglądarek czy oglądane filmiki które zostały w casche ale o twardych dokumentach których nie pokasowali.

Skoro ja widzę tyle “dobra” nie przeglądając uważnie to co widzi google desktop indeksujący wszystkie pliki?

Jedno select user adres where kredyt_jakiś_bank

na bazie użytkowników google desktop i już możemy zanieść analizę jakiś_bankowi gdzie jego akwizytorzy są mało skuteczni albo wręcz konkurencji żeby wiedzieli gdzie iść i to wszystko zgodnie z licencją na użytkowanie google desktop.

Jedno mniej legalne select user telefon where goła_ruda_baba.jpg i wiemy kogo interesują rude a jak jeszcze dodamy where prezes and zarobki >100000 możemy agencji towarzyskiej przekazać listę potencjalnych super klientów do których rude mają dzwonić.

Wcześniej czy później te dane wypłyną z googla bo trafi się ktoś dobry i złamie ich zabezpieczenia a wtedy wiele osób może się wstydzić tego co robiło i nie będą to już błahe “majteczki w korpeczki.mp3″ u ministra w laptopie ale np. słowa kluczowe jakich użył w rozmowie przez telefon wyprodukowany przez wielkiego G sądząc że voip jest bezpieczną technologią.

Ciekawe jak się ta awantura skończy przy nie pochamowanym apetycie googla na wszystko w sieci prywatność jako taka przestanie istnieć.

Podsumowanie: trzeba zacząć produkować swoje alternatywne osobowości żeby za parę lat ciężej było botom zanalizować co jest prawdą a co nie na mój temat. Chyba otworzę bloga o szydełkowaniu i uprawianiu sportu na którym będę rasistą i moherowym beretem :) to będzie wystarczająca zmyła :D

Ktoś ze znajomych w opisie gg miał adres nasz-malanz.pl i wielkie hahaha. Skoro poleca to poszedłem, wlazłem w jakąś galerię fotek a tam prawdziwy melanż :) jedne fotki sztuczne, inne fejki z fotoszopa ale kilka oryginałów też jest. Zacząłem się zastanowiać “Kto się reklamuje na takiej stronie?” wyłączam adblocka żeby zobaczyć reklamówki a tam:

uważaj gdzie google wstawia twoją reklamęYoł jak się przy czymś robi to łatwiej wpada w oko :) robota nr 4 na portalu pijackim się reklamuje !!! Ciekawe co mi powiedzą jak im zaraz screena puszczę :lol:

To właśnie jest całe google :( uczelnia wykupuje reklamę, określa słowa kluczowe młodzież, fotografia, coś tam jeszcze, a niebezpieczne google wystawia reklamę gdzie chce.

Swoją drogą to ciekawe czy warto się zdegradować na takim adresie (wszak to jest grupa docelowa) czy jak beton bronić się przed deprecjacją marki uczelni? tym bardziej że chodzi tylko o konkurs fotograficzny a nie rekrutację czy coś ważnego.

jako że przygotowuję się do pisania pracy licencjackiej o googlu to męczę jego narzędzia i po długiej przerwie zainstalowałem sobie google toolbar. Przy jakiejś okazji wywalił mi ekran opisujący sidewiki i poruszył mnie dogłębnie :D Pomimo że to rozwiązanie ma już 3 miesiące dla mnie stało się kolejną nowością która znów odciągnęła mnie od układania szablonu pytań na jakiś czas.

Koncepcja jak dla mnie rewelacyjna prosta nie narzucająca się i dająca niespotykane możliwości tworzenia równoległego obiegu informacji do treści oficjalnych. Weźmy stronę Biblioteki Narodowej brak na niej możliwości komentowania informacji, wyrażania opinii ect. a mogło by się przydać. Jest to o tyle świetne rozwiązanie że dostępne bezpośrednio przy stronie która pobudza mnie do komentowania a zarazem nie daje możliwości ingerencji w mój komentarz przeciętnemu właścicielowi strony :>

Rozwiązanie to może być przydatne do różnych zastosowań ja przykładowo złożyłem prezydentowi i premierowi życzenia świąteczne albo może być również przydatne jak są problemy z komentarzami, np.  bloog.pl mnie nie lubi ;P i wywala w większości moje komentarze “w kosmos” więc na boku sobie mogę coś dopisać :) a jeśli autor/ka bloga zechce to weźmie pod uwagę

i tyle zachwytów teraz o rzeczach smutniejszych

Istotne według mnie wady sidewiki

  1. ograniczony dostęp do grupy zarejestrowanych użytkowników googla
  2. kolejne źródło pozyskiwania informacji o użytkownikach które niekoniecznie chcieli udostępniać niebezpiecznemu google.
  3. istnieje możliwość wpływu na działanie sidewiki przez właściciela strony www co (moim zdaniem) obniża walory tego rozwiązania
  4. sprawa wracająca jak bumerang manipulowanie przez wielkie G informacją jeden filtr założony przez wielkie g i nagle się okazuje że zieloni jednak nie protestowali na stronie prezydent.pl przy użyciu sidewiki
  5. stosunkowo niewielka liczba polskojęzycznych użytkowników (wnioskuję na podstawie braku wpisów w sieci, przykładowo u prezydenta byłem jako trzeci piszący a u premiera jako jedyny)

To nie jest tak że to rozwiązania totalnie wysysa wiedzę o nas, ale teraz zwróćcie uwagę że wasze prywatne komentarze zostają ściśle przywiązane do logina w wielkim g, co jeszcze bardziej ułatwia szufladkowanie i monitorowanie waszych działań w sieci nie tylko wielkiemu g, ale również innym, vide mój google profil.Ile tam różnych informacji można zobaczyć :) a co jak napiszę w komentarzu coś tak od serca i np. prezydent się obrazi i będą mnie ścigać z urzędu?

Służby mają wszystko podane gdzie pracuję, uczę się i mieszkam to łatwiejsze niż namierzyć anonima piszącego za pomocą karty zdrapki w dodatku przez jakieś proxy czy wręcz tor-a. Więc kogo złapią tego podającego się na tacy czy faktycznie czarny charakter?

Rodzi się pytanie jak teraz ustrzec dziecko przed niebezpieczeństwem utraty prywatności jakie funduje mu wielkie g? Poprzez łączenie swoich usług i ich udostępnianie wielkie g staje się bardzo niebezpieczne.

Kilka przydatnych linków związanych z sidewiki

Ciekawostką jest że w chrome link http://hop.bibliotekarz.com/t do kancelarii premiera jest mniej wiarygodny niż do wtyczek wordpressa :) o czym informuje

Ostrzeżenie o przekierowaniu

Poprzednia strona próbuje Cię przekierować do adresu http://www.premier.gov.pl/.

Jeśli nie chcesz przechodzić na tę stronę, możesz powrócić na poprzednią stronę.

W przypadku stron google i wordpressa brak takiego ostrzeżenia :)

Kurcze potrzebuję obrony i to przed samym sobą :)

Właśnie wpadł mi kolejny niesamowity temat na pracę licencjacką ! Skoro wszystkie biblioteki mają mieć dostęp do internetu, to czemu nie napisać licencjata na temat:

Darmowe Internetowe narzędzia pracy dla małych bibliotek

Przydatność i nowatorstwo takiej pracy jest nie do zakwestionowania :)

Na szczęście zaczynam stygnąć co do tego pomysłu. Prozaiczna sprawa, po prostu ogrom tematu mnie poraża. To temat na książkę, nie na licencjat :D

Zdecydowanie potrzebny mi ktoś z wiadrem lodowatej wody :( niech chłodzi moją gorącą głowę i broni przez porywaniem się z siatką na księżyc, bo co będzie jak go skradnę?

Ale pomarzyć zawsze warto, jaka to by była ciekawa praca. Chyba jednak porozmawiam o tym pomyśle z dr, bo może się mylę i wcale nie trzeba aż tak dogłębnie wchodzić w zagadnienie? Może wystarczy “wytyczyć szlak” bibliotekarzom w mojej pracy licencjackiej, a nie od razu budować instrukcję obsługi internetu.

Tia kolejna rozterka… skoro dokumenty edytowane online, to nie możemy ominąć wielkiego G, bo jego docs.google.com są darmowe,  faktycznie dobre i uzależniające, niestety dzięki nim google zna np. nasz budżet jeśli go zrobimy w jego arkuszu kalkulacyjnym.

Jakoś nie mogę zaakceptować wielkiego G jako symbionta, doceniam jego narzędzia, ale budzi moje lęki, moją paranoję i nie chciałbym zapewniać mu kolejnych niewolników, czy też gorących wyznawców.

A gdyby tak zaprzedać dusze diabłu i wręcz napisać pean:

“Zastosowanie darmowych narzędzi firmy Google Inc. w codziennej pracy biblioteki”.

Tak to doskonały dla mnie temat pracy licencjackiej.

ps.

Szanowna Pani dr proszę o uwzględnienie mojego pierwszeństwa jakby się któryś z czytelników pod natchnieniem tego bloga zgłosił się z takim tematem pracy w IINiSB UW  (echh… znów ta paranoja się odzywa, albo za wiele za mną, albo czas się leczyć? ) :D

Byłem porozmawiać u złotego partnera googla o analyticsach, adsensach i adwordach. To była bardzo pouczająca rozmowa, sposób w jaki to wszystko się zazębia jest niesamowity. Możliwości konfiguracji co najmniej bogate itede, itepe.

Firma siedzi niczym w twierdzy ;) furtka, recepcja budynku, winda na kartę magnetyczną, domofon na piętrze, idzie się zmęczyć pytając o drogę i przechodząc procedury bezpieczeństwa. A na końcu zasadzka wszystkiego raptem kilka pokoi, nic szczególnego poza komputerem do prezentacji na Ubuntu :) Porozmawiałem sobie półtorej godziny i troszkę mi miły pan powyjaśniał. Popatrzyłem na spore statystyki, na to jak są zbudowane kampanie. Nie powiem chinole mają rację:

Jak nie możesz kogoś pokonać to się do niego przyłącz.

Skoro i tak jesteśmy skazani na google które pożera świat (np. 90% wyszukiwań w kraju, poza nim w Polsce się tylko niszowy netsprint ostał) to chyba się przyłączę do ich zwycięskiego pochodu, a potem choćby potop.

Czekam aż przyślą mi wzory umów o współpracę, bo nie ukrywam zainteresowało mnie to jak przy nich zarobić można.

a wczoraj w horoskopie googla mi napisali

Nie ma sensu trzymać się kurczowo przeszłości, to co było nie wróci, weź tylko doświadczenia, jakie otrzymałeś i idź na przód. Kieruj się głosem intuicji.

coś w tym jest…

Dzisiaj w ramach pogłębiania wiedzy bawiłem się szczęśliwym trafem googla i jestem prawie szczęśliwy z mojego odkrycia :D

Szczęśliwy traf jest niezmienny w czasie (przynajmniej klikanie przez 5 godzin wskazuje na tego samego szczęściarza)

Po kolei :) zaczynając kolejny owocny dzień w pracy nr1 znalazłem stronkę o google a raczej jego ciekawostkach, opisywane adresy jako takie znałem w większości, ale nie wiedziałem że można je wywoływać z paska wyszukiwania w opisany poniżej sposób.

np. wpisując w googlarce google linux i klikając w guzik z napisem “szczęśliwy traf” lądujemy na stronie google.pl/linux wyszukującej  w zasobach linuxowych. Piszemy google black +  guzik  “szczęśliwy traf” zmienia nam ekran na czarny. Takie  i kilka innych podobnych “czarów” opisują w artykule oraz dowiązanych tekstach.

Jako ciekawski ;) pobawiłem się trochę żeby poznać zasadę jak to działa.

  1. Strony po rozpoczynającym zapytanie google + drugie słowo ładują się te same a nie losowe w czasie
  2. google + biblioteka (biblioteki, bibliotekarka, bibliotekarki) przekierowują na artykuł z gazety o bibliotece googla
  3. google + bibliotekarz przekierowuje na spis bibliotek współpracujących z google books

Z porównania wyników wyszukiwania i “szczęśliwego trafu” wynika że wybierana jest pierwsza a nie jakaś losowa strona z wyników wyszukiwania!

Jako pracę domową zlecam wpisanie w polu zapytania google.pl słów google bibliotekarze i kliknięcie szczęśliwy traf :)

wynik jak dla mnie mnie zaskakujący ciekawe czy zaskoczył troszkę i was?

Chciałbym tak od innej strony podejść do umowy z google book search. To ile wielkie g płaci i to że zeskanował oraz udostępnia książki jest problemem, ale na o wiele szerszej płaszczyźnie niż się powszechnie mówi.

Jakoś do tej pory amerykanizacja życia mi nie przeszkadzała, może dlatego że bezpośrednio we mnie nie uderzała. Zawieranie jednak umowy ze mną, na prawie amerykańskim zwłaszcza wtedy gdy nawet o tym nic nie wiem (przykładem jest mój Brat który napisał kilka książek a o tej koncepcji nie wiedział), już mi się bardzo nie podoba. Do McDonalda nie chcę to nie chodzę, coli nie chcę to nie piję, a tu nie mam wyboru i dlatego twardo mówię że to jest ZŁE !!!

Jeżeli robię sobie zdjęcia przy piwie, skleję je w jakiś album i opublikuję w nadziei że ktoś za moją głupią gębę mi zapłaci, to nie wyrażam automatycznie zgody aby ktoś mój album zgrał na pendrajwy i w amerykańskim zadupiu górnym czerpał z tego zyski. To jest zbójecka  zasada bo skąd mam niby wiedzieć że on to tam publikuje bez mojej wiedzy (a skoro to moja gęba i praca to chcę mieć z niej korzyści), owszem jak zacznie robić kokosy na mojej głupiej gębie to się dowiem, ale przy całkiem sporej produkcji (jak na polskie warunki) to niestety nie.

Zwykła kultura (moim zdaniem) wymaga aby się spytać czy można coś użyć a potem używać. Choć w Ameryce chyba jest inna kultura. Zaczynam trochę rozumieć antyamerykańskie nastroje, jeśli wszędzie tak narzucają swoje prawo które jest ICH, a nie moim prawem.

Wracając do innego podejścia przyjmując że akceptuję zapłatę jaką daje google i że zgadzam się z ich umową pozostaje jeszcze problem (chyba etyczny po części) co stanie się z małymi wydawcami? co z jakąkolwiek uczciwą konkurencją? Czy MONOPOL jaki w ten sposób osiągnie google na słowo pisane nie zwróci się przeciwko całej ludzkości? Wielkie g nie dopuści konkurencji na rynek bo przecież jest komercją i to moim zdaniem pasożytniczą a nie symbiontem. Skoro małych nie będzie to co pozostanie? odgórnie sterowana kultura?

Myślę że Inkwizycja lub podobnie to słowo jakim będzie określane wielkie g w przyszłości. Ich obecne zachowania pokazują że są w stanie moralnym (o technicznym nawet nie ma co nawet  wspominać) wprowadzać treści zakazane. Co się stanie jak wielkie g wykończy drobnych wydawców? wymyślcie sobie sami. Popatrzcie na scenę alternatywną jest chwalona ma swoich odbiorców ale jakoś w TV jej nie ma, to samo się stanie z literaturą wielkie g będzie kreować swoich autorów tak jak MTV kreuje swoje gwiazdeczki a wszyscy co odstają od średniej lub są nieprawomyślni mają iść  do piachu.