Archive for the ‘niebezpieczne google’ Category

Na podstawie pracy licencjackej “Wykorzystanie narzędzi firmy Google Inc. w pracy zawodowej bibliotekarzy” ;)

wykres praca licencjacka

W zależności od branego pod uwagę elementu ankiety, liczba zwracanych odpowiedzi na pytanie, czy bibliotekarze używają danego narzędzia, czy też nie używają go, była mocno zróżnicowana –  od 8% (SLurl) do 70% (Grafika) uczestników badania.

Na potrzeby tej analizy przyjęto, że dowolna odpowiedź z kafeterii za wyjątkiem „nigdy” jest traktowana jako odpowiedź „używają” i oznaczona kolorem niebieskim na wykresie. Liczba brakujących odpowiedzi oznaczona kolorem zielonym na wykresie, była niezależna od narzędzia i mniej więcej stała, wahała się w przedziale od 5% do 8%. Najwięcej użytkowników w badanej grupie respondentów posiadają usługi Grafika, Maps, Tłumacz, Książki oraz YouTube. Najmniej użytkowników w badanej grupie osób mają SLurl, Orkut, Wave, Analytics i Alerts. Odpowiedzi „nie używają” są oznaczone kolorem czerwonym na wykresie.

Bardzo wyraźnie widać że anglojęzyczne usługi orkut, wave alert nie cieszą się popularnością, tak samo jak mapy nieba, marsa i księżyca oraz Second Life. Braku użytkowania tej ostatniej mapy nie ma się co dziwić, ani biblioteka to miejsce do zabawy (choć to przestaje być takie oczywiste) ani sprzęty/ łącza jakie się znajdują w bibliotekach nie są w stanie sprostać temu światu 3D.

Dziwne jest za to (moim zdaniem) niskie wykorzystanie analitycsa czyżby był za trudny?. Zdawałoby się że skoro biblioteki używają witryn czy blogów powinny być również zainteresowane analizą odwiedzalności, może realizują to za pomocą innych narzędzi niż analytics.

Często do mnie wydzwaniają wszelkiej maści specjaliści od pieniędzy, a to ktoś podał im mój numer, a to z książki telefonicznej, a to skądciś tam. Sporadycznie się spotkam z jakimś porozmawiać o finansach i tak się zastanawiam nad ich ofertą.

Ubezpieczenia piękna sprawa wkładasz kasę i teoretycznie jak coś ci się stanie dostajesz kapustę ekstra, ewentualnie jak już nie będziesz mieć żadnych zmartwień dostanie ją ktoś co ma cię pochować.

Inną grupę stanowią ci co oferują inwestowanie, niby to ubezpieczenie żeby ominąć podatek ale faktycznie to takie inwestowanie w bukmachera. On gra na giełdzie twoją kasą a ty masz wpłacać kasę przez 5 lat licząc na zysk jaki wypracuje.

Fajne to jest, zwłaszcza jak ktoś nie wie co z kasą zrobić, bo przepić za dużo a na kupno domu za mało ale chciałby żeby kasa puchła lepiej niż na koncie w banku, tyle że…

i tu idziemy do pszczół …

Kilka lat temu trafiłem na artykuł gościa który twierdził że pszczoły wymierają z powodu fal radiowych z sieci komórkowych (na tej stronie więcej ciekawostek), że to promieniowanie wpływa negatywnie również na ludzi itd.

Generalnie sprawa jest poważna (nawet jest jakaś rezolucja parlamentu europejskiego w tej sprawie), zginą pszczoły to może się pojawić wielki problem z zapylaniem roślinek i co za tym idzie z dostępnością jedzenia. Jak więc mam inwestować długotrwale pieniądze w takie narzędzia skoro świat niebawem czeka głód i wojny? Nie wspominając o ociepleniu klimatu i pustynnieniu środkowego wschodu który to nie należy do spokojnych regionów świata.

I tu dochodzimy do mojego idée fixe o nazwie googiel. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują że internet przenosi się do komórek a wielkie g bardzo przykłada się do opanowania tego rynku. Są głównymi dostawcami mediów strumieniowych – dostarczają coś co zżera multum transmisji pliki video. A skoro net migruje do komórek to stacje bazowe będą emitować jeszcze większe promieniowanie żeby te multimedia przesłać do telefonów. Nie są jedynymi nakręcającymi net w komórkach ale to ich transmisje zajmują najwięcej pasma.

Jako firma która ma w swoim motto słowa Don’t be evil chyba wielkie g powinno się przejmować tym że z powodu ich technologii świat pomału zaczyna się kończyć? Zresztą jak każda firma powinna się wykazać odpowiedzialnością społeczną za swoje działania. Może warto by się ich spytać co robią w tej sprawie i czy raczyli zobaczyć że stanowią niebezpieczeństwo dla ludzkości?

Co prawda jest kilka różnych teorii co do wymierania pszczół związanych z gmo i toksycznymi substancjami w cukrze którym się pszczoły dokarmia ale do mojej teorii spiskowej że googiel to samo zło pasuje ta z falami elektromagnetycznymi ;)

I na koniec kilka fotek jak to czarni nas do Boga lub piekła wysyłają w myśl teorii że promieniowanie zabija.

tak sobie się zastanawiam czy naprawdę moja notka o szpitalu na szaserów jest taka istotna? czy nie mam konkurencji w tym temacie :/ a może po prostu google wcale nie jest takie mądre jak większość sądzi.

Nie ma chyba dnia żeby ktoś tej notki nie czytał, znalazła się na 4 i 6 pozycji w top 10 słów kluczowych. Odosobniona w kontekście tegoż bloga a jednak widoczna na pierwszej stronie wyszukiwań?? czemu?? Nie dziwię się że ludzie wchodzą z tego linka i momentalnie idą dalej,  to pokazuje tylko że algorytmy google są słabe. Moim zdaniem wysoki wskaźnik odrzuceń, pokazuje jak głupie są ich algorytmy wyszukiwania. Jest wiele miejsc w sieci poświęconych chorobom, szpitalom, a googiel bez sensu ludzi kieruje do mnie :( Im większy wskaźnik tym więcej googiel powinien poprawić w swoim systemie. Co prawda spotkałem się z teorią twierdzącą że to ja mam poprawić słowa kluczowe żeby ten wskaźnik był lepszy, ale wychodzę z założenia że jednak  googiel jest dla mnie nie ja dla googla. Nie zamierzam tutaj małpować boldować, nagłówkować tylko po to aby wielkie g miało lepsze wyniki wyszukiwania.

Odwiedziny z wyszukiwarek ( g 821:26 reszta) to na tym blogu raptem 16 % co dość dobrze udowadnia teorię że nie tylko googiel się liczy. Przykładowo bibla generuje mi 18% odwiedzin więc jest od wielkiego g lepsza :) stary blog to 11 %, bibliotekarz.com 10%.

Generalnie wielkie g za mną nie przepada po zmianie adresu, wystawia na pierwszych stronach wyszukiwania ale pr mam nadal 0 a na starym blogu po 3 miesiącach było chyba 1 .

Najwyraźniej google ma pokrętną politykę jakąś :/ Oczywiście ilość stron odrzuconych znów wzrośnie w statystykach bo pojawiają się w tym tekście słowa poszukiwane, a o szpitalu nadal nic nie napisałem.

Rozszyfrowałem akronim gg, to zapewne od Głupie Google :D

Jak pisałem wcześniej nie chcę aby po wywieszeniu przez mojego szefa listy urlopów w necie, przyszedł do mnie na na maila skarabeusz@zig-zag.pl tydzień przed urlopem jeden rozdział z przewodnika do miejsca gdzie zaplanowałem urlop, skupiający się na uwielbianych przeze mnie sportach jakie mogę tam uprawiać oczywiście z zachętą kupienia całości albumowej (czytaj drogiej) publikacji.  Przecież to tylko jedna kwerenda do bazy danych zawierających mój profil, którym będą handlowali niebawem.

Żeby automatyczni handlowcy vel boty nie mieli tak łatwo trzeba bazę danych popsuć. Ponieważ za podstawę ta baza ma cały internet, to trzeba w nim pisać bzudry i klikać losowe linki które nas nie interesują oraz wyszukiwać rzeczy od czapy.

Dlatego też jeśli spotkacie przy jakimś moim wpisie na blogu, facebooku czy gdzie indziej imię demonicy Drauga wspomnijcie ten projekt i nie łączcie wygłaszanych tam teorii z moją osobą inaczej niż przez filtr fałszowania rzeczywistości.

Najprawdopodobniej profil mój wzbogaci się o jakieś fascynacje serialami albo bollywoodem, kto wie może się pokuszę o ściemę jaka to historia jest dla mnie istotna i ciekawa :) Zapewne powstanie jakiś klon do zadań specjalnych, będą się pojawiać różne adresy e-mail niby moje, jak nie zbraknie mi zaparcia to wykreuję drugą alternatywną osobowość na potrzeby googla żeby tych arkadiuszów stępkowskich było więcej :)

Oczywiście tak naprawdę nic się nie zmieniło, sportów nadal nie lubię ale skoro było słowo drauga to patrzcie przez palce na to co tu wypisuję bo nie musi być zgodne z prawdą. Słowo klucz do fałszowania może się pojawiać w kilku miejscach więc bądźcie czujni :)

Żyję w ciekawych czasach na moich oczach rodzi się historia. Pamiętam erę B.G. a nawet epokę czarno białej telewizji, jak bóg da i partia pozwoli zobaczę wojny klimatyczne :(

W ramach obserwowania historycznych zmian udałem się na spotkanie bibliotekarzy i wydawców dotyczące egzemplarza obowiązkowego. Jak wspominam to spotkanie to czuję się dziwnie. Jako człowiek z poza środowiska (nie jestem ani wydawcą ani bibliotekarzem) albo wręcz człowiek mikro środka (wydaję własne czasopismo i udostępniam własną bibliotekę cyfrową) patrzyłem na przebieg rozmów i uwierzyć nie mogłem co widzę.

Biblioteka Narodowa zimą wejście B

W Bibliotece Narodowej (15 marca) odbyło się spotkanie środowisk bibliotekarskich ze środowiskiem wydawców. Na spotkanie przybyło około 70 osób reprezentujących różne wydawnictwa oraz wielkie biblioteki. Nie wiedzieć czemu ;) bibliotekarze usiedli z jednej strony wydawcy z drugiej, ja usiadłem sobie w narożniku. Zostałem nawet posądzony przez prowadzącą spotkanie o reprezentowanie mediów ale nie przyznałem się do reprezentowania mojej cząstki Internetu.

Nie będę wnikał kto co dokładnie mówił (choć trochę notowałem) bo nie to jest dla mnie istotne, chodzi o podejście do problemu. Bibliotekarze w większości wypowiedzi mówili o współpracy, o promowaniu książek przez biblioteki, o tym że są ważnym klientem wydawców i chcą ich wspomagać. Wypowiedzi wydawców podsumuję jednym stwierdzeniem, praktycznie cytatem “My możemy wam dać i 100 egzemplarzy obowiązkowych ale zapłaćcie za nie” może nie w słowo w słowo bardzo podobnie to brzmiało.

Drugą płaszczyzną rozmów był sposób przekazania, zabezpieczenia i użytkowania obowiązkowego egzemplarza elektronicznego. Wszyscy (a przynajmniej nikt nie protestował) zgadzają się że największe zagrożenie dla polskiego rynku książki elektronicznej to bogate firmy zachodnie (padła kilka razy bezpośrednia nazwa wielkiego G) i to właśnie w obawie przed jego łapami trzeba się zabezpieczyć, żeby poprzez politykę faktów dokonanych nie objął monopolem również tego fragmentu naszego życia. Pojawiają się już we władzach unii głosy że skoro na kulturę nie ma pieniędzy to niech jedna firma (wskazano na wielkie G) co ma już poskanowane książki dostanie prawa do ich udostępniania itd.  Tak właśnie zaczyna rodzić się koszmar, mam nadzieję że wielki G nie kupi jednak polityków unii i nie dostanie w swoje łapy całego rynku książki elektronicznej.

Wracając do meritum. Dyrektor BN mówił że Biblioteka Narodowa ma doskonałe zabezpieczenia i że nie bardzo chce udostępniać ich specyfikację szerokiemu gronu (ze względów bezpieczeństwa) ale jak będzie potrzeba to udostępni. Mówił że za 3-4 lata będą już inne systemy bo zabezpieczanie to proces (czym mnie osobiście ujął, bo albo zna się na tym, albo ma kogoś kto się na tym zna i dobrze mu podpowiedział). Bibliotekarze pokazywali że istnieją już bezpieczne systemy umożliwiające udostępnianie książek przez sieć i działają nawet u nas w kraju. Strona księgarzy zaproponowała jakiś koncept z kluczem publicznym (mam dostać algorytm działania tej koncepcji) i miało by to rozwiązanie rozszyfrowywać na bieżąco tylko fragmenty tekstu tak aby cały plik był nieprzydatny jak ktoś go skradnie. Dostanę algorytm to napiszę co sądzę o tym pomyśle. Odniosłem wrażenie że księgarze nie słyszą że zostało jasno powiedziane iż ilość czytelników danego egzemplarza w 1 jednostce czasu stanowi 1 osobę, dokładnie tak samo jak przy egzemplarzach drukowanych. Nie wiem na jakiej podstawie powtarzał się kilka razy zarzut że jak przekażą egzemplarz obowiązkowy w formie elektronicznej to będą go czytać jednocześnie miliony w tym samym czasie i nikt go nie kupi. Zupełnie nie rozumiem podejścia czemu z Narodowej mieli by plik z treścią książki ukraść prędzej niż np. z wydawnictwa ? W jednym i drugim miejscu pracują ludzie, a skoro są zabezpieczenia to znaczy że nie każdy pracownik ma dostęp do plików. Osobiście podejrzewam że zabezpieczenia w Bibliotece Narodowej a zwłaszcza procedury bezpieczeństwa są lepsze niż w wydawnictwach, tym bardziej że dyr. BN jasno powiedział że biorą odpowiedzialność za przesłane do nich książki, czyli jest ich pewien.

Na spotkaniu nie zabrakło również elementu rozrywkowego jakim była utarczka dyrektorów BN i Koszykowej. Panowie polemizowali która z ich bibliotek ma dłużej prawo do egzemplarza obowiązkowego :) .

Po spotkaniu miałem zimową przygodę, śniegu napadało w ciągu doby ze 30 cm i się na nieodśnieżonym parkingu BN ślizgałem zamiast jechać w przód. Jako że zablokowałem całą alejkę a Prezesy i Dyrektory co też chciały wracać do domu, pchały mnie w garniturkach ile siły mieli :)

Panowie jeszcze raz dziękuję za pomoc w starcie mojego autka.

Ostatnio ktoś pokazał mi taki fajny obrazek wzbogacony moim opisem w czerwonych ramkach fragment do którego nawiązuje jest poniżej

linia czasu pokazująca lata przed i po google

Wprowadziłem do swojego języka nową datę przełomową B.G. i domyślnie nie wymieniane A.G. to taki równoważnik jak p.n.e i n.e tyle że oparte o Google nie o Chrystusa.

Zdecydowałem się na taki krok nie bez kozery i choć dla niektórych zapewne będzie świętokradztwem to co uważam, ale zmiany jakie wprowadza wielkie G będą moim zdaniem większe niż te wprowadzone przez Wielkiego Ch.

Wielkie G ma lepsze narzędzia do propagacji idei swojej wiary i tyle. Czy będzie przelane tyle krwi co za Chrystusa to nie wiem ale wielkie G jest równie pazerne co Kościół a to się kończy rozlewem krwi. Póki co anektują co się da i okrzykują swoim podobnie jak Kościół w średniowieczu (np. sobótka vel wigilia św. Jana) Mają wpływ na to co wiemy i wiedzą o nas więcej niż czarni prowadzący skrupulatne księgi kto ich wpuścił po kolędzie a kto nie.

Chrześcijaństwo pierwotne było inne niż obecne i z wielkim G też tak będzie. Jak już połknie świat i zacznie zżerać własny ogon wtedy wszyscy zapłacą podatki jakie nałoży. Skończą się darmowe usługi a ponieważ konkurencja zostanie w pień wycięta lub wchłonięta, będziemy płakać i płacić.

Już tłumaczę o czym piszę w czasach B.G. miałem wybór wyszukiwarki spośród kilkunastu różnych choćby jeszcze pamiętane hotbot, yahoo, altavista, excite, metacrawler, astalavista ;) infoseek, netoskop, czy przez jakiś czas moja ulubiona wyszukiwarka treści z wyszukiwarek emulti, sprawdźcie ile z nich przetrwało radosny pochód wielkiego G.

W czasach B.G. wystarczyło kilka kroków i można było spokojnie zadać pytanie na grupach dyskusyjnych “Jak sąsiadowi powiedzieć żeby pornole oglądał ciszej bo u mnie dziecko słucha”  i spać spokojnie że sąsiad nie będzie cię omijać, a teraz zadaj takie pytanie a sąsiad cię zwymyśla bo szukając swojego adresu w sieci może je dostać na tacy. A nie daj bóg żeby jeszcze  do tego jakiś wykop effect się zrobił bo cała ulica będzie się z sąsiada (w sumie bogu ducha winnego) śmiała i gość może do sądu o znieważenie publiczne wystąpić albo bezpośrednio naklepać po twarzy.

I jeszcze ta wszech obowiązująca powoli tandeta, prawie połowa serwisów w wersji beta (fakt z ubiegłego tygodnia “no opublikowaliśmy taki bo już reklamy poszły do mediów i coś trzeba było pokazać”), dotyczy to również innych firm nie tylko googla weźmy np. mico$oft czy może być dopracowany nowy system w 2 lata? Już się mówi że win7 za 2 lata będzie starym systemem a ja nadal nie mam wszystkich sterowników dla sprzętu, abstrahując od jego braku kompatybilności w dól.

Coraz szybciej coraz gorzej, a jak wielkie G faktycznie wygra batalię o sieci komórkowe to po pszczołach :( a w niedługim czasie i po ludzkości :(

i tym optymistycznym akcentem niczym w Day After “W życiu na ziemi udział wzięli…” idę dziobać na niedzielny egzamin.

Dziś to już nawet jak na mnie zgięcie 5 laptoków uruchomionych a każdy furczy burczy i przegrywa co nastraja do rozmyślań.

Siłą rzeczy przeglądam co się przegrywa czasem sprawdzam czy poprawnie się przegrało i tu jest własnie pies pogrzebany.

Informatyk = Ksiądz spowiednik

Do takiego wniosku doszedłem :)

Zawartość tych lapków jest  jak spowiedź ich użytkowników. I to taka gorąca spowiedź która nic nie ukrywa. Komputery miały być czyste od spraw osobistych wszak to służbowe maszynki a tu co i rusz buba :) a to fotki dziecka na przestrzeni lat a to dokument worda którego tytuł jednoznacznie wskazuje na poufną treść, a to wyciągi bankowe z konta osobistego. Kredyty, akty notarialne, zestawienia zarobków czego to ludzie nie trzymają na służbowych lapkach. W jednym nawet mułek się trafił pełen bajek i gierek dla dzieci :D

Kurcze mając takie informacje w zamkniętym środowisku ma się w ręku potężną bombę zdolną zadać wiele cierpień. Ciekaw jestem czy ludki zdają sobie sprawę z tego że tyle danych zostawiają w laptopach które ponoć posprzątali. Nie mówię o takich sprawach jak historia przeglądarek czy oglądane filmiki które zostały w casche ale o twardych dokumentach których nie pokasowali.

Skoro ja widzę tyle “dobra” nie przeglądając uważnie to co widzi google desktop indeksujący wszystkie pliki?

Jedno select user adres where kredyt_jakiś_bank

na bazie użytkowników google desktop i już możemy zanieść analizę jakiś_bankowi gdzie jego akwizytorzy są mało skuteczni albo wręcz konkurencji żeby wiedzieli gdzie iść i to wszystko zgodnie z licencją na użytkowanie google desktop.

Jedno mniej legalne select user telefon where goła_ruda_baba.jpg i wiemy kogo interesują rude a jak jeszcze dodamy where prezes and zarobki >100000 możemy agencji towarzyskiej przekazać listę potencjalnych super klientów do których rude mają dzwonić.

Wcześniej czy później te dane wypłyną z googla bo trafi się ktoś dobry i złamie ich zabezpieczenia a wtedy wiele osób może się wstydzić tego co robiło i nie będą to już błahe “majteczki w korpeczki.mp3″ u ministra w laptopie ale np. słowa kluczowe jakich użył w rozmowie przez telefon wyprodukowany przez wielkiego G sądząc że voip jest bezpieczną technologią.

Ciekawe jak się ta awantura skończy przy nie pochamowanym apetycie googla na wszystko w sieci prywatność jako taka przestanie istnieć.

Podsumowanie: trzeba zacząć produkować swoje alternatywne osobowości żeby za parę lat ciężej było botom zanalizować co jest prawdą a co nie na mój temat. Chyba otworzę bloga o szydełkowaniu i uprawianiu sportu na którym będę rasistą i moherowym beretem :) to będzie wystarczająca zmyła :D

Śniadniając ;) jadłem płatki orkiszowe na mleku i zacząłem się zastanawiać jakie nazwy ziaren zamiast sezamu wywoływał odkrywca skarbca w baśniach 1001 nocy :) czy aby nie wywoływał “Orkiszu otwórz się!”

Problem mnie drążył do tego stopnia że zostawiłem pracę, naukę itd. i rozpocząłem szukanie. Niestety książki nie mam na półce, ale mam net i mam być infobrokerem więc do dzieła.

Skoro ćwiczę google to na pierwszy ogień

http://books.google.pl/books?q=ba%C5%9Bnie+1001+nocy&btnG=Szukaj+ksi%C4%85%C5%BCek

hmm.. jednak books.google są przereklamowane nic przydatnego nie pokazały :( jakieś próby z sezam i alibaba też brak sensownych wyników :(

strzał drugi: jaki był tytuł angielski? więc najpierw lokalnie w katalogu mojej biblioteki (wyskoczyły tylko tłumaczenia z niemieckiego) potem w bibliotece narodowej http://hop.bibliotekarz.com/0h i tu zaglądnięcie w kilka pozycji niestety albo tłumaczyli z niemieckiego albo z arabskiego więc szukanego tytułu brak :(

kolejne podejście do googla pytanie 1001 alibaba night i na drugiej pozycji wyskoczyło

www.arabiantales.org/

bingo dalej już było z górki, wybrać właściwą opowieść i ctrl+f sesam next, …, next i znalezione :) jeszcze tylko translate.google co to jest barley i już wiem

Cassim krzyczał "Jęczniemiu otwórz się!"

to jest przykład jak studia szkodzą ;) (przed studiami nie miałem pojęcia że marc21 istnieje i ma pole na oryginalny tytuł) i wiedza na przyszłość:

mogłem sobie odpuścić szukanie oryginalnego tytułu książki w marc21 bo i tak pytanie w books.google “A thousand and one Arabian Nights” sesam też nie dało dostępu do interesujących mnie treści

wyszukiwanie 5 minut, pisanie posta 45 czyli kolejna godzina w plecy zmarnowana na głupoty :(

Jak wiecie mam pisać pracę licencjacką o google a właściwie to już piszę (szook ciągle w to nie wierzę) i tak w ramach zgłębienia tematu wypożyczyłem sobie z biblioteki 1/3 wolskich zasobów książkowych poświęconych google czyli “Co na to Google” Jarvis, Jeff http://hop.bibliotekarz.com/08 i po przeczytaniu pierwszego rozdziału grzecznie się udałem na mojego fejsbuka i dodałem jako jej fan.

Jak książkę skończę to chyba skrobnę o niej kilka zdań bo zaczyna się jak dla mnie rewelacyjnie, a może sięgnę do jakiejś inne formy wyrazu? Jak zawsze gdy mam się uczyć coś mi się przytrafi :lol: niepotrzebnie z uczelni wracałem drogą przy księgarni na której wystawie stała ta książka, nie czas teraz na czytanie tego, czas na naukoznawstwo i historię nauki bo egzaminy za 2 tygodnie a to będzie mordęga dla mnie :(

Kurcze ciekawi mnie jak się rozwinie ten pean ku czci św. Google czy pojawią się jakieś wątki o poufności informacji które mnie w googlu bolą, szit-fak miałem się uczyć a nie klepać bloga i pod szyldem pracy licencjackiej czytać książki….

Przy okazji wyszło że albo facebook się wysypuje z kodowaniem, albo chrome ma problem fakt jest faktem wyszukiwanie fejsbukowe w chrome nie działa u mnie, w operze działa jak powinno. Zaczynam odchodzić od FF bo zaczyna mnie niepokoić jego popularność i mułowatość. Niestety dzieciątko póki co jeszcze linusia nie dostanie, a googleOS jako alternatywny system nie bardzo chciał działać na nim ale jeszcze powalczę ;)

dziś rano wrzuciłem na facebook stronę bibliotekarz.com

Miałem dzięki temu okazję popatrzeć jak działa facebook i o co w nim chodzi, co nasunęło mi dwie refleksje.

refleksja pierwsza

Odpuszczam sobie prowadzenie strony firmowej w obecnej formie, bo nie mam na nią czasu i aż głupio że nowa  wersja tworzy się już ponad rok i prawie skończona leży na serwerze testowym, zaś wersja produkcyjna opublikowana w necie jest od 3 lat albo i więcej nieaktualna :>.

Po niedzieli wszelkie informacje firmowe wklepię facebooka a pod firmowym adresem dam tylko linki na brokerinformacji.tel jako główne źródło danych kontaktowych i na firmowe konto z facebooka jako źródło informacji o firmie.

Koniec kropka, przy moim profilu działalności i rozmiarze firmy to z powodzeniem wystarczy.

Może z czasem pojawią się jakieś inne linki, ale chyba poza portale społecznościowe już nie będę wychodził ponieważ i tak będę na nich lepiej zindeksowany niż moja strona domowa.

refleksja druga

Coraz bardziej zaciska się pętla elektronicznego śledzenia na naszych szyjach :(

Wszelkie systemy dopuszczające logowanie poprzez inny serwis jak np. te z facebooka (google, myspace, yahoo, myopenid, verisgn, czy openid) doprowadzają do kolejnych połączeń identyfikujących naszą działalność w sieci.

Od dawna głoszę że w sieci jesteśmy jak na widelcu korporacje śledzą nasze profile bo to się przekłada im bezpośrednio na kapustę. I jeśli nawet nie teraz to w przyszłości to im zaowocuje, bo jest to wiedza dzięki której się sprzedaje. Całkiem niedawno jeszcze nie było możliwe zebranie takich ilości informacji o preferencjach i zainteresowaniach danej jednostki w cenie akceptowalnej dla sprzedającego ale teraz to się zmienia na zdecydowaną niekorzyść konsumenta.

Wszyscy ulegamy reklamie a niebawem “elektroniczny marketingowiec”  z ksiegarnia.inet.kup będzie lepiej znał twoje potrzeby czytelnicze niż ty sam. Na podstawie odwiedzanych adresów, oglądanych filmów i obrazków, skali ocen jakiej używasz w komentarzach podsunie ci w reklamie na jakieś zrzeszonej z nim stronie książkę której się nie będziesz mógł oprzeć, w cenie jaką on ci podyktuje na podstawie ilości kasy jaką wydajesz w sieci.

To żadna nowość i już działa, ale do tej pory informacje te były dość niespójne, ograniczone do jednego serwisu ale to właśnie się zmienia :(

Być może faktycznie trzeba będzie kupić do prywatnych zastosowań (ot jakieś swobodne surfowanie) modem gsm :/ choćby tylko po to aby zobaczyć różnicę jak wygląda świat z googlem i innymi korporacjami które cię nie znają.

Ponieważ moją batalię ze zbędnymi kilogramami zapewne opiszę w jakieś części tutaj, spodziewam się zmiany wyświetlanych reklam w mojej przeglądarce na takie zwierające różne diety i środki odchudzające. Tak więc chyba czasowo wyłączę adblocka albo zmienię przeglądarkę żeby zobaczyć czy już to działa czy jeszcze to są tylko moje wymysły wyprzedzające stan obecny :)

przydatne linki dla firefoxa:

https://addons.mozilla.org/pl/firefox/addon/9609
https://addons.mozilla.org/pl/firefox/addon/6623 ten przykładowo uświadomił mi co się nie wyczyściło po standardowym czyszczeniu historii.